Rekonstruktorom zmieniają się priorytety. Te dotyczące wykonania ciuchów (ręcznie szyte, ręcznie farbowane, ręcznie tkane, ręcznie przędzione...), doboru źródeł a w końcu ulubionych i długo wyczekiwanych wydarzeń około-rekonstruktorskich.
Kiedyś Grunwald był "osią" całego roku. Wszyscy szyli "na Grunwald", spędzali nocne godziny na odhaczaniu kolejnych pozycji z listy "do uszycia" a ostatecznie i tak organizowali szycie w swoich Chorągwiach.
Teraz czasy się trochę zmieniły, dla niektórych oczywiście. Organizuje się wiele imprez ciekawszych, lepszych "jakościowo", a Grunwald stał się bardziej wydarzeniem "towarzyskim". Oś się lekko przesunęła.
Tak też jest w moim przypadku. Oprócz działania w dwóch osobnych epokach, w tym roku przyszło mi zmierzyć się z pracą magisterską. Postawiłam sobie za punkt honoru, żeby zdążyć na obronę 15-go lipca. Na szczęście udało się (i jutro powinnam być już panią magister inżynier), co niestety odbiło się na "przedgrunwaldowym szale". O wielkim "G" w zasadzie zapomniałam.
Przypomniałam sobie w ostatni weekend. Było trochę pracy, bo w tym roku zabierałam młodszą siostrę.
Na szczęście młoda odkryła w sobie zdolności i uszyła samodzielnie dwie pary nogawic. Ręcznie oczywiście. A oto rezultaty.















